„Ty mnie całowałaś…” – czyli zakochanie w „Leningradzie”
Data opublikowania:
18.12.2018
Wojna, wojna nigdy się nie zmienia, natomiast w „Leningradzie” coś drgnęło. Pierwsze co mnie zastanowiło, gdy przyszedłem na ten grany już od ośmiu lat spektakl muzyczny, to dziesięć osób w
kolejce. Sześć poprzednich razy przychodziłem godzinę przed show, by zająć pierwszy rząd i nigdy mnie ten system nie zawiódł.
Czekający ludzie byli jakby oznaką czegoś wyjątkowego, czułem to… Nie pomyliłem się, ponieważ w piątkowy wieczór, 12 października 2018 r., „Leningrad” był najlepszy, jaki miałem dotąd zaszczyt
podziwiać. Mariusz Kilian (Maks), pomimo choroby, był nieoceniony zarówno wokalnie, jak i aktorsko. Wspólnie z Tomaszem Marsem (Fiodor) wywoływali u mnie spazmy śmiechu, jakich nie doświadczyłem od
miesięcy.
Fragment z życia grupy artystów, który przedstawia spektakl, był tym razem niesamowicie poruszający, w dużej mierze dzięki niesamowitemu zaangażowaniu zespołu muzycznego, podsycanego przez
widownię.
Niezmiennie mnie zadziwia i zachwyca zmiana klimatu w trzeciej części spektaklu. Przechodzi z pijackich zabaw, piosenek, żartów – czy to starych (śmieszą dopiero po czwartym razie), czy też nowych
– na bazie nastrojów społecznych lub sytuacji geopolitycznej, w klimat bólu egzystencjalnego artysty i niespełnienia. Atmosfera zbudowane przez artystów przepełnia salę, niemal się z niej
wylewając, serce łomocze w piersi, oczy wpatrzone tylko w jeden najważniejszy w danym momencie punkt – majstersztyk.
Mogłoby się wydawać, że po tylu razach grania spektaklu, dwa razy w miesiącu od ośmiu lat, trupa powinna się nim już zmęczyć. Nic bardziej mylnego, z każdymi odwiedzinami w suterenie Maksa czuję
coraz większe przywiązanie oraz stały rozwój naszego specyficznego związku. Jeśli jeszcze nie było ci dane, Drogi Studencie, obcować z polskimi adaptacjami rosyjskiego zespołu „Leningrad”, przyjdź
za miesiąc i przekonaj się, ile radości i emocji może Ci dać sześcioro „zapijaczonych” artystów.
Łukasz Zagrajek, fot. materiały prasowe Impartu